<< strona główna

archiwum >> 

Aktualności

Olimpia i Olimp czyli rowerowy sposób na życie

24.04.2005

 

 

Kilka miesięcy temu do naszej redakcji dotarł bardzo sympatyczny list i zdjęcia z Gdyni. Jako, że historia zawarta w opowieści dotyczy Skarżyska, a konkretnie produkowanych przez wiele lat w Zakładach Metalowych "MESKO" rowerów, postanowiliśmy list ten zamieścić na naszym portalu. Mam nadzieję, że niektórym, zwłaszcza starszym pracownikom "MESKO" po jego przeczytaniu zakręci się łezka w oku. Oto ten list.

"To czysty przypadek, że kupiliśmy akurat rowery z Mesko. Chcieliśmy mieć rowery duże, wygodne, mimo że ówczesna moda dyktowała składaki. Byliśmy młodym małżeństwem i w dwa miesiące po ślubie kupiliśmy rowery, które też wyglądały jak małżeństwo. On "Olimp", ona "Olimpia", były w bordowym kolorze, wyglądały dostojnie z wypisanymi swoimi imionami na ramach rowerów. Wyprodukowano je w ZPZ MESKO w Skarżysku Kamiennej rok produkcji 1969. Poniżej tabliczek firmowych zakładu widoczne są numery fabryczne ram. Mówimy, że to metryka urodzenia naszych ulubieńców i pewnie tak jest istotnie. Olimpia ma numer 069048143, Olimp 069023878. Ceny ich kształtowały się tak, jak pensje ówczesnych pracowników podejmujących swoją pierwszą pracę. 
W tym czasie wszyscy jeździli na podobnych rowerach. Jeśli to był rower turystyczny, wyglądał podobnie, jak setki innych rowerów jeżdżących po naszych drogach. Nasze jednak miały tę przewagę nad innymi, że były dwa, najczęściej jeździły razem: takie rowerowe papużki nierozłączki.
Swoje rowerowe wędrówki rozpoczynaliśmy od krótkich wypadów poza miasto. Po powrocie z pracy do domu, wsiadaliśmy na rowery i jechaliśmy przed siebie, byle dalej od zakopconych terenów Śląska. Rower wyciągał z nas całodzienne zmęczenie. 
Tak rozochociliśmy się do tych wyjazdów, że na początku lat siedemdziesiątych postanowiliśmy spróbować w czasie wakacji pokonać odległość między Bytomiem, a Gdynią rowerem właśnie. Własnoręcznie uszyłam sakwy rowerowe, według telewizyjnych wskazówek najlepszego polskiego majsterkowicza Adama Słodowego. Sakwy okazały się rewelacyjne, były mocowane do osi koła, były pojemne i świetnie się prezentowały na naszych rowerach. Mieściło się w nich wszystko, co w czasie drogi było nam potrzebne. Chętnie uszyłabym i dzisiaj takie sakwy, ale współczesne maszyny do szycia nie wytrzymałyby zszywania kilku warstw dermy.
Zaopatrzeni w mapy, wykaz schronisk młodzieżowych PTSM i campingów ruszyliśmy w lipcu 1971 roku z południa Polski na północ. Niewielu spotykaliśmy w tym czasie rowerzystów, którzy wybierali się w dłuższą trasę. Zwracaliśmy uwagę pokaźnymi bagażami, widać było, że to nie wypad poza miasto, ale prawdziwa wyprawa. Wydawało nam się, że traktowano nas z szacunkiem i niejakim podziwem. Przyglądano się naszym rowerom. 
- Takim rowerem to można jechać w daleką drogę - powiedział kiedyś zazdrosnym tonem jakiś pan, z którym wszczęliśmy rozmowę przed wiejskim sklepem.
- Przecież pan ma taki sam rower jak my - zauważyłam, widząc, że postawił identyczny rower obok naszych. Dopiero jego wnikliwa obserwacja uświadomiła mu, że nasze rowery są tak jak i jego również z Meska. 
Dodatkowa zaleta tych rowerów była taka, że można je było rozebrać i złożyć dwoma płaskimi kluczami rowerowymi i wkrętakiem. Wysunięty do przodu widelec przedniego koła podnosił komfort jazdy, zastępując dzisiejsze amortyzatory. Na skórzanych, sprężynowych siodełkach siedziało się jak na kanapce. Różnica wielkości przedniej i tylnej zębatki była tak dobrana, że jazda po płaskim terenie nie nastręczała żadnych trudności, a rozpędzony z góry rower, wjeżdżał z łatwością na kolejny pagórek. Gorzej było z dłuższymi podjazdami, ale trzeba było pogodzić się z faktem, że ówczesne rowery turystyczne przerzutek nie posiadały. Miały je tylko rowery wyczynowe, wyścigowe, nazywane kolarzówkami. 
Gdy spotykaliśmy rowerzystów jadących na takich właśnie rowerach, żalili się, że szprychy w ich rowerach pękają. My takich problemów przez cały okres użytkowania oryginalnych szprych nie mieliśmy wcale, mimo intensywnej jazdy na maksymalnie obciążonych rowerach.
Szprychy wymieniliśmy dopiero po dwudziestu ośmiu latach z wielkim żalem, gdy zdecydowaliśmy się zamontować w tylnym kole siedmiobiegową przerzutkę planetarną, a w przednim kole w miejsce starej osi wstawiliśmy oś z hamulcem rolkowym z modulatorem, spełniającym podobne działanie jak ABS w samochodach. Zmieniliśmy też felgi na lżejsze. 
Lakier na obu rowerach jest oryginalny. Chcieliśmy rowery piaskować i lakierować na nowo, ale mieliśmy szczęście trafiając na dobrego fachowca, który odradzał nam to posunięcie, twierdząc, że skoro lakier wytrzymał trzydzieści parę lat, to wytrzyma następne tyle. Dzisiejsze lakiery nie wytrzymają nawet dekady w takim stanie. Trochę rowery podmalowaliśmy i nadal wyglądają całkiem przyzwoicie. Trochę przykro, że nie widać już imion naszych metalowych rumaków, ale ich nazwy OLIMP i OLIMPIA nosimy w sercu. Na zewnętrznym wyglądzie rowerów nie zależy nam wcale. Im gorzej rowery wyglądają, tym lepiej. Trochę błota, piachu, maskuje wszystkie jego zalety, a ewentualny złodziej wstydziłby się go prowadzić, czy jechać na nim.
Jechać można było wówczas każdą drogą, samochodów było mniej, kultura jazdy chyba jednak była wyższa niż dziś, chociaż mieliśmy pretensje do ówczesnych kierowców, gdy trąbili niekiedy w momencie wyprzedzania nas, powodując zagrożenie. 
Trasę Bytom - Gdynia powtarzaliśmy jeszcze czterokrotnie, w kolejne wakacje, za każdym razem zmieniając przebieg trasy.
Potem, gdy zamieszkaliśmy w Gdyni zwiedzaliśmy inne zakątki kraju, wędrując nadal na rowerach. 
W pierwszą rowerową podróż zagraniczną wybraliśmy się w roku 1996 z naszą dwunastoletnią wówczas córką do Szwecji i Danii. W 1997 roku wyruszyliśmy z Zakopanego na podbój Słowacji, Węgier, Austrii i Czech. W 1998 roku wypłynęliśmy ze Świnoujścia promem do Kopenhagi, a stamtąd rowerem (na przemian z promami) do końca półwyspu Jutlandzkiego, potem przeprawa do Oslo w Norwegii, rowerowa wędrówka do granicy ze Szwecją i powrót szwedzkim wybrzeżem do Kopenhagi, a następnie do Świnoujścia i Gdyni (ponad 1500 km rowerowej drogi). 
Nasza córka czterokrotnie towarzyszyła nam w wakacyjnych wyprawach, dzielnie pokonując wszelkie trudności, jednak rower nie stał się jej największą pasją…
W lipcu 1999 w trzydziestą rocznicę naszego ślubu wyruszyliśmy sami na dziesięciodniowy wypad na Bornholm - ukochaną wyspę rowerzystów, objeżdżając go wzdłuż i wszerz. Wakacje roku 2000 rozpoczęliśmy od podróży promem z Gdańska do Nyneshamnn, potem rowerem do Sztokholmu, promem na Gotlandię, dwutygodniowy objazd tejże malowniczej wyspy i powrót do Sztokholmu i Gdańska. Kolejne wakacje w latach 2001 - 2004 to objazdy naszych polskich dróg i dróżek, zwiedzanie fascynujących miejsc, poznawanie ciekawych ludzi.
Każda trasa przynosi nam coś nowego, rozwija nas. Latem 2005 roku, jeśli dopisze zdrowie i finanse, zamkniemy rozdział skandynawskich podróży, wyprawą przez Sztokholm, Alandy, Finlandię. Stamtąd skok do Estonii i objazd jej północnej części, powrót przez Nyneshamn do Gdańska. Takie są plany w telegraficznym skrócie, mamy nadzieję, że ich realizacja się powiedzie. Obiecaliśmy sobie także, że czterdziestą rocznicę ślubu (w 2009 r.) również spędzimy na Bornholmie, przecież jest to całkiem prawdopodobne…
Plany mamy rozliczne, jednak finanse nie pozwalają na ich realizację, dlatego dwa razy w tygodniu dajemy Panu Bogu szansę, wysyłając kupon dużego lotka za jeden złoty i dwadzieścia pięć groszy…
Marzymy, by wygrać w dużego lotka jakąś sumkę, która pozwoliłaby nam na jakąś nadzwyczajną podróż. 
Po trzydziestu sześciu latach naszego małżeństwa wciąż jeździmy na tych samych rowerach, choć w tak zwanym międzyczasie próbowaliśmy jazdy na innych, wciąż wracając do tych pierwszych, najukochańszych, najwygodniejszych, unowocześniając je i dbając o dobre działanie wszystkich mechanizmów. 
Dzięki tym rowerom jesteśmy w Trójmieście rozpoznawalni, a na naszym osiedlu traktowani, jako para nieszkodliwych dziwaków. Jeśli sąsiedzi widzą nas bez rowerów, z troską pytają, co się rowerom stało?
Przez długie lata prowadziliśmy kółka rowerowe w szkołach, w których byliśmy nauczycielami, dochowując się całkiem pokaźnej gromadki rowerowych entuzjastów, których dziś często spotykamy na rowerowych szlakach. Połknęli rowerowego bakcyla na tyle, że samodzielnie od lat uprawiają turystykę rowerową. To nasi wspaniali młodzi przyjaciele. (Jako ciekawostkę w tym miejscu dodam, że jak to jest w zwyczaju młodych ludzi, zamieniają się między sobą rowerami i testują je. Nie obyło się też bez prób naszych rowerów. Wszyscy byli zdziwieni wysokim komfortem jazdy. Trudno dziwić się jednak, że kupują rowery górskie, na które zapanowała moda).
Rower to nasz sposób na życie, czerpiemy z niego siłę, doskonałe samopoczucie, zaspokajając żądzę przygód i ciekawość świata. Jeździmy na nich wszędzie: na zakupy, do urzędu, na plażę i na wakacje. Rocznie robimy średnio siedem tysięcy kilometrów. 
Myliłby się ktoś, mówiąc, że to tylko środek transportu; to część naszego organizmu, wzmacniająca wszystkie nasze zmysły, pozwalająca na kontakt z bliskim i dalekim światem, tworząca radość każdego dnia, czyniąc go bogatszym i bardziej kolorowym.."

Maryla i Romuald Wolscy

Gdynia, dnia 18 lutego 2005 r.

 Zbigniew Piotr Kotarba

(c) Wszelkie prawa zastrzeżone 2002