|
Kilka dni temu Sąd Rejonowy w Końskich wydał wyrok na Stephena Drew i Ewę Kozik, którzy dopuścili się rzeczy (moim zdaniem) haniebnej. Swoją działalnością doprowadzili do śmierci kilkunastu koni. A działo się to wszystko w okolicach miejscowości Końskie.
Nie będę komentował wyroku sądu. Natomiast Internautom przypomnę pewien artykuł, który kilka lat temu (27.03.2006 roku) ukazał się w "Nowym Tygodniku", czasopiśmie wydawanym wówczas m.in. w powiecie koneckim. To właśnie jego dziennikarki Luiza Jamroziak i Anna Korzeniowska, z kierowanej przeze mnie redakcji, ten temat wywołały. Potem o sprawie dzięki artykułowi w "NT" głośno było w innych mediach, m.in. "POLSACIE", "SUPER EXPRESSIE" czy "TVP". Oto treść artykułu, który był pokłosiem mojego dziennikarskiego śledztwa w południowej Polsce.
Prawda o Stephenie D
Zdarzenia, które rozegrały się kilka tygodni temu w Nałęczowie koło Końskich tak naprawdę swój początek miały wiele lat wcześniej, w Beskidzie Sądeckim. Co ciekawe, scenariusz ich był niemal identyczny: konie puszczone luzem, głodzone. Właścicielami tych "hodowli" był duet: Ewa Kozik i Stephen Drew. Dla dobra sprawy i jej wyjaśnienia w oparciu o fakty, wybraliśmy się w okolice Nowego Sącza. Efekt tej wyprawy mocno zaskoczył. Nie spodziewaliśmy się, że wyniki naszego dziennikarskiego śledztwa będą tak owocne.
Prolog
Telefonicznie udało się nam ustalić, że Ewa Kozik i Stephen Drew od 2002 roku w dwóch miejscowościach na terenie powiatu nowosądeckiego prowadzili tzw. wolny chów zwierząt. Potwierdziła to wizyta w Powiatowym Inspektoracie Weterynarii w Nowym Sączu i rozmowa z lek. wet. Andrzejem Wroną, jej szefem.
- W jednej z nich przeprowadziliśmy nawet kontrolę - wyjaśnił. Nieco informacji dorzucił również jego zastępca, lek. wet. Włodzimierz Janczy, który wspomniał o hodowli w Uhryniu. Tam, jego zdaniem, miała być przeprowadzona kwarantanna zwierząt rzekomo zakupionych w Niemczech. Dokumentów potwierdzających tę tezę nie przedstawiono. Nam natomiast
wiadomo, że zwierzęta przyjechały od znanego hodowcy z Niemiec, a konie te były jedynie dzierżawione. Wiemy także, że wcześniejsza hodowla prowadzona była przez opisywany duet w podkrakowskim
Zabierzowie.
Uhryń
To wioska położona w gminie Łabowa, nieco na uboczu głównego traktu prowadzącego ze stolicy powiatu do Krynicy - Zdroju. Tam w gospodarstwie niemal na końcu wsi, dzierżawionym od właścicieli zamieszkujących na Śląsku, stworzyli swoje siedlisko. Zwieźli tzw. konie kabardyńskie czyli starą rasę koni wywodzących się z gór Kaukazu, podobno super wytrzymałych na trudne warunki, a przy tym niezwykle inteligentnych.
- Było w stadzie kilka ogierów i klacze, w tym źrebne. Były też Araby. A co do Stephena, mieliśmy się okazję poznać, bo wielokrotnie gościł w naszym gospodarstwie - wyjaśnia
Dominika Chomiczewska.
Zwierzęta te były pozostawione same sobie, nikt ich nie doglądał, bo Anglik przebywał wówczas w Wielkiej Brytanii. Ba, można nawet stwierdzić, że je głodził.
- Doskonale pamiętam tę zimę, bo nie było zbyt dużo śniegu. Natomiast mrozy dawały się szczególnie we znaki, również zwierzętom. Podchodziły do naszego obejścia, więc je dokarmialiśmy - dodała.
Głodne, zdesperowane zwierzęta szukały pożywienia w paśnikach gęsto rozstawionych przez miejscowych leśników w samym Uhryniu i położonym za górą Łabowcu.
- Wyjadały z nich siano, marchew i wszystko to co przywoziliśmy dla dzikich zwierząt - wyjaśnił miejscowy leśniczy.
Stan zwierząt i warunki w jakich koczowały sprowokowały do działania miejscowe władze. Dzwonili do Krakowa do p. Kozik i informowali o sytuacji. W odpowiedzi słyszeli, że te konie są tak właśnie hodowane. Wreszcie Marek Janczak, wójt gminy, osobiście wraz z miejscowym lekarzem weterynarii Markiem Jakubiakiem oraz grupą mieszkańców Uhrynia zwizytowali "hodowlę". Nie chce mówić o tym co widział.
- Byłem zdziwiony stanem zwierząt i tym, że można było je doprowadzić do skrajnego wyczerpania. Potwierdził to lekarz badając je. Mnie dodatkowo zdziwiła kondycja zwierząt, bo gdy Anglik i p. Ewa pojawili się u mnie z wizytą kilka miesięcy wcześniej sprawiali wrażenie osób normalnych, niezdolnych do takich czynów - wyjaśnił.
Zszokowani stanem koni byli mieszkańcy Uhrynia.
- Tato dokładnie mi opowiadał jak wyglądało obejście. Wspomnę tylko, że na przykład na kupie odchodów leżało zamarznięte, ledwo wykocone źrebie. Widok był przerażający - wyjaśniła D. Chomiczewska.
Wójt zadziałał bardzo szybko, nakazując Ewie Kozik i Stephenowi Drew natychmiastowe usunięcie padliny i zadbanie o zwierzęta. Sprężyli się i to zrobili, pojawiając się w położonej kilkanaście kilometrów dalej
Wojkowej.
Wojkowa
Wieś jest położona na skraju miasta i gminy uzdrowiskowej Muszyna, w dolinie potoku Wojkowskiego, na uboczu drogi łączącej Powroźnik z Tyliczem. To tu na grunty należące do byłego burmistrza, położone wysoko nad wsią, przenieśli swoje stado nasi "bohaterowie". Mówi o tym stosowna umowa zawarta między obu stronami.
- Na początku nic nie zapowiadało, że z tym Anglikiem będą jakieś problemy - informuje Kazimierz Oleksy, miejscowy sołtys. Na uboczu pojawił się foliowy namiot a w nim 73 owce, 17 koni, 2 sztuki krów szkockich, 2 jaki oraz 2 psy. Bez wody, zapasów żywności. Mieszkańcy, zaprzątnięci własnymi sprawami, nie interesowali się losem zwierząt. Ale
życiem rządzą przypadki i ktoś z nich pojawił się na odludziu. To co zobaczyli przerosło ich wyobrażenia. Powiadomili o tym władze gminy.
- 9 lutego 2004 roku pojechałyśmy sprawdzić ten sygnał nieoficjalnie. Zwierzęta były bez dozoru, zima, głęboki śnieg, brak dojazdu. Po oględzinach postanowiłyśmy informację przekazać burmistrzowi - relacjonuje Stanisława Zasadni, inspektor d/s rolnictwa UMiGU w Muszynie. Ten powiadomił PIW w Nowym Sączu.
- Trzeba było działać natychmiast, dla dobra tych zwierząt - wyjaśnił Władysław Serafiński, burmistrz Muszyny. Następnego dnia w gospodarstwie pod lasem, w obecności funkcjonariuszy policji z Komisariatu w Muszynie, przedstawicieli urzędu i Ośrodka Doradztwa Rolniczego w Nawojowej, lekarze weterynarii dokonali kontroli. Mówi o tym opasła teczka, w której znalazły się stosowne dokumenty. Wynika z nich, że przeprowadzający kontrolę lek wet. Janusz Łopucki, nie stwierdził rażących zaniedbań. Nie było jego zdaniem przykładów szczególnego okrucieństwa, choć w obejściu znaleziono
padłych 10 owiec i 1 konia. Wokół, w lesie, znaleziono także padlinę, co dokumentują fotografie znajdujące się w archiwum urzędu gminy.
- My nie chciałyśmy się zgodzić z protokołem jaki po kontroli wystawił weterynarz. Bo
nie opisywał stanu faktycznego, zastanego w tym gospodarstwie. I dlatego wysłałyśmy pismo do PIW z prośbą o sprostowanie - wyjaśniła S. Zasadni.
Zawarte w nim były stwierdzenia dotyczące stanu zwierząt (brudne, osłabione) i wyglądu gospodarstwa (wszechobecny brud, padnięte zwierzęta, brak ściółki a zwierzęta wegetują w odchodach).
- Po kilku dniach otrzymaliśmy jedynie decyzję, że PIW nałożył na właścicieli karę w wysokości 500 złotych oraz zobowiązał ich do natychmiastowego uprzątnięcia padłych zwierząt. A po kilku dniach ich już tam nie było. Gdzie się przenieśli, nie wiem - dodała
inspektor Zasadni.
Dalsze losy
Nam udało się ustalić, że dalsze losy hodowli pary Ewy K. i Stephena D. Były równie makabryczne: Biały Kościół (miejscowość przy starej drodze z Krakowa do Olkusza), potem Łazy koło Jarzmanowic i okolice Łodzi (hodowla Doroty Krzywickiej, która szybko się zorientowała z kim ma do czynienia), by w maju 2005 roku pojawić się na łąkach zalewowych oczyszczalni ścieków w podkoneckiej Kornicy
Epilog
Tak naprawdę to go jeszcze nie ma. Policja w wywołanej przez naszą redakcję sprawie kończy śledztwo. Potem tematem zajmą się prokuratorzy.
Natomiast nasze poszukiwania wykazały niezbicie, że kolejne "hodowle" bohaterowie naszej publikacji starali się prowadzić w głębokiej tajemnicy, na odludziu, by jak najmniej informacji o "eksperymentach" wyciekało na zewnątrz. Być może z uwagi na ich nietypowość sprowadzającą się do głodzenia zwierząt, nie zapewniania im właściwych warunków egzystencji, dostępu do wody, ochrony przed warunkami atmosferycznymi itp. Byli jak dotąd bezkarni, bo czyż 500 zł mandatu nałożonego przez nowosądecki Państwowy Inspektorat Weterynaryjny jest karą dotkliwą? Czy ktoś wreszcie odważy się i przetnie ten proceder?
Post scriptum
Kiedy pojawiliśmy się na południu Polski wszyscy zgodnie dziękowali nam za fakt, że "Nowy Tygodnik" zainicjował ten temat. Nie udałoby się nam tego zrealizować, gdyby nie nasi Czytelnicy. To od nich dostaliśmy przysłowiowy "cynk". Poza tym trzeba podziękować kolegom dziennikarzom "Super Expressu", TVP1, TVP3, Polsat-u, którzy współpracując z nami temat "pociągnęli" dalej.
Zbigniew Piotr Kotarba
Zdjęcia: Luiza Jamroziak, Anna Korzeniowska i archiwum UMiG w Muszynie
Czułe końskie spojrzenia...
Wojtuś i jego bracia dziękują za dar życia
Ponad 48 godzin trwała walka o życie młodego źrebaka Wojtusia vel Cyrkla. Maleństwo ma około czterech miesięcy, urodziło się w najtęższe mrozy na śniegu w pseudo hodowli Stephena D. Reszta końskiej gromadki czuje się coraz lepiej W czwartek stadninę koni odwiedziła Euralia Wojnowicz i TVP 2 . Nakreciła o koniach kolejny program z serii "Animals". Cała ekipa była wstrząśnięta widokiem jaki zastali.
- Na tych koniach studenci weterynarii mogli by spokojnie się uczyć anatomii. Są skrajnie wychudzone i zaniedbane, tego nie da się określić słowami - mówi Euralia. -To straszne co ten "typ" wyczynia w naszym kraju. To nie jest pierwsza "rzeźnia" jaką po sobie zostawił. Mam nadzieję, że tym razem prokuratura nie pozwoli Ewie Kozik i Stephenowi Drew uciec. Dosyć cierpienia zadali zwierzętom w Polsce. Specjalistyczne odżywki, witaminy i pomoc medyczną konie mają zapewnioną dzięki Stowarzyszeniu Komitet Pomocy dla Zwierząt Tychy. Jej przedstawiciel Dominik Nawa kocha zwierzęta i nie jest w stanie zrozumieć takiego okrucieństwa.
- Mam nadzieję, że spotka ich zasłużona kara. Stephen to zwyrodniały facet. Zastanawia mnie jednak to, że jego wspólniczka, jest w stanie pozwalać na takie działania - mówi Dominik. - Nie wyobrażam sobie jak musiał czuć się maleńki źrebak, który wychodził z ciepłego organizmu matki na mróz - 25 stopni. To przecież szok termiczny. Dlatego Wojtuś, źrebak
który przeżył to prawdziwy twardziel. Niestety inne młode, eksperymenty
"hodowców" przepłaciły życiem.
Luiza Jamroziak
I wreszcie post scriptum do tych przywołanych przeze mnie archiwaliów. Sąd Rejonowy w Końskich wymierzył oskarżonym następujące wyroki: Stephen Drew skazany został na 1 rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na 5 lat, a Ewa Kozik skazana została na 10 miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na 3 lata. Jako karę dodatkową Sąd orzekł przepadek 13. koni wraz z przychówkiem, zakaz prowadzenia hodowli na 5 i 3 lata oraz karę grzywny. Wyrok ten nie jest prawomocny.
Zbigniew
Piotr Kotarba
|
|